SZKOŁA PODSTAWOWA NR 9

IM. DOKTORA FRANCISZKA WITASZKA W POZNANIU

Wybrane wątki z życia "Dziewiątki"


Wybrane wątki z życia „Dziewiątki”




Autor:  Ewa Chmielowska




Jak nasza pani była lisem?..

____Wszystko zaczęło się od tego, że Łukasz nie zrozumiał ostatniej lekcji i chcieliśmy mu ją porządnie wytłumaczyć.

Otóż pani na poprzedniej lekcji powiedziała nam, że na tym świecie wszyscy wszystkich pożerają i że to jest absolutnie normalne. Na przykład żaba poluje na robaki. Potem tę żabę pożera jakiś ptaszek. Ptaszka łapie lis, a na końcu lisa zjadają te robaki, które połknęła żaba. I tak w kółko.
Łukasz powiedział, że pani chyba coś się pokręciło, bo robaki są już pożarte i nie mogą polować na lisa. W dodatku lis ma długie łapy, więc jak zacznie uciekać, to robaki są bez szans.
Zrozumieliśmy, że nie możemy dopuścić do tego, aby Łukasz coś takiego powiedział pani, tym bardziej, że właśnie w najbliższym czasie wybieraliśmy się do kina i staraliśmy się być bardzo mądrzy i bardzo grzeczni, żeby nam to kino nie przepadło.
Postanowiliśmy, więc zorganizować w czasie przerwy teatrzyk i pokazać Łukaszowi te wszystkie polowania, o których była mowa na lekcji. Zabraliśmy się do pracy.
Najpierw Bartek wyjął swoją bułkę z szynką i keczupem i powiedział, że to może być żaba.
Ponieważ bułka nie ma takiego rozumu jak my i nie można jej wytłumaczyć, że ma udawać żabę i że ma skakać, i uciekać przed ptaszkiem więc zrobiliśmy jej smycz ze sznurowadeł i zaczęliśmy ją ciągać po łące, czyli po ławkach. Na żabę polował Wojtek, który biegał z rozpostartymi skrzydłami i celował dziobem w bułkę.
Za każdym kłapnięciem dzioba z bułki wylatywało trochę keczupu, ale nadal dzielnie umykała przed prześladowcą.  Przekonaliśmy się przy okazji, że drapieżniki mają bardzo ciężkie życie. Wcale nie jest tak łatwo latać za uciekającym pokarmem i łapać go w dziób lub też w pysk. Wojtek aż poczerwieniał ze zmęczenia i od keczupu, który rozmazał mu się na twarzy.
Również na ławkach było pełno keczupu. Trochę się tym martwiliśmy, ale ciąganie bułki po podłodze było niehigieniczne, a prawdziwej łąki pod ręką nie mieliśmy. Więc polowanie trwało nadal.
Byliśmy tak zajęci, że nie zauważyliśmy, kiedy do klasy weszła nasza pani.
- Ja cię zaraz rozszarpię na kawałki! – powiedziała pani do Wojtka.
Ucieszyliśmy się bardzo. Nasza pani dobrowolnie została lisem i miała zamiar rozszarpać ptaszka, który polował na żabę!
Całą zabawę popsuł Tomek, który zawsze nosi w pudełku jakieś dżdżownice, bo po lekcjach chodzi na ryby z bratem. Tomek za szybko wyjął te dżdżownice.
Wtedy zaczęły się dziać straszne rzeczy.

Po pierwsze – lis wrzasnął przeraźliwe i wskoczył na krzesełko.
Po drugie – to samo zrobiły wszystkie dziewczyny.
Po trzecie – do klasy wpadła pani dyrektor.
Po czwarte – pani dyrektor wrzasnęła przeraźliwie i wskoczyła na krzesełko.
Po piąte – nie poszliśmy do kina!
Po szóste – Łukasz powiedział, że nadal nic nie rozumie, bo niby kto ma teraz zjeść te robaki, jeżeli żabę upolowano?

I kto je wszystkie połapie?

Bo dżdżownice Tomka oczywiście skorzystały z zamieszania i uciekły z pudełka. Teraz siedzą gdzieś w naszej klasie i aż strach pomyśleć, kiedy się znów pokażą.




Wycieczka


____Wycieczka „tramwajem po Poznaniu” zapowiadała się znakomicie. Wszystkie dzieciaki przyszły na miejsce zbiórki porządnie przygotowane. Każdy bez wyjątku dźwigał ze sobą wielki plecak albo reklamówkę.
- Wyglądacie, jakbyście wybierali się na koniec świata – powiedziała mama Natalki, która miała pomagać pani w pilnowaniu nas.
- Przerwę na jedzenie zrobimy na pętli tramwajowej, a teraz proszę uważnie słuchać przewodniczki – dodała pani, patrząc ponuro na nasze tobołki.
Potem weszliśmy do tramwaju i od razu okazało się, że wszystkie dzieciaki są bardzo głodne.
Kiedy więc tramwaj ruszył z zajezdni, wszyscy natychmiast rzucili się do toreb. Zapanowało wielkie ożywienie. Wszyscy się częstowali, wymieniali kapsle i opakowania po batonikach oraz urządzali konkursy, kto szybciej i więcej zje.
Pani przewodniczka mówiła coś o Dworcu Zachodnim i o Kaponierze, ale nic nie było słychać. Chyba mikrofon był zepsuty. Inne panie biegały i wołały, żebyśmy się uciszyli i przestali tyle jeść. Tylko pan motorniczy spokojnie sobie jechał i nie przeszkadzał nam w wycieczce.
Kiedy przejeżdżaliśmy koło Okrąglaka, Piotrek podszedł do pani i powiedział, że chce iść do ubikacji.
- Mam zatrzymać tramwaj w środku miasta, bo ty po paru minutach jazdy jesteś tak objedzony i opity, że ledwie na nogach stoisz? Spróbuj wytrzymać do pętli! – zasyczała nasza pani.
Więc Piotrek wrócił do nas i zaczął przebierać nogami, jęczeć i wykrzywiać buzię. Wtedy inne dzieciaki przypomniały sobie, że też muszą iść do ubikacji.
Pani, gdy o tym usłyszała, zrobiła się czerwona, ale szybko poszła do pana motorniczego i tramwaj zaczął bardzo szybko jechać przez miasto. Były nawet takie momenty, że gnał, jak samochód wyścigowy. Dzieciaki zaczęły okropnie piszczeć. Jedne piszczały z radości, kiedy tramwaj wyprzedzał inne pojazdy na ulicy. Drugie piszczały ze strachu. Trzecie przebierały nogami i piszczały, że dłużej nie wytrzymają. A czwarte dzieciaki piszczały, żeby tym pierwszym i drugim, i trzecim nie było przykro. Był to na pewno najbardziej „piszczący” tramwaj na świecie!
Wreszcie dotarliśmy do pętli na Miłostowie.
- Tutaj staniemy na chwilkę i proszę, żeby wyszły ze mną z tramwaju tylko te dzieci, które koniecznie muszą...-zaczęła nasza pani.
Jeszcze nie skończyła, a już tramwaj był pusty, bo każdy coś musiał.
Ja koniecznie musiałem sprawdzić, czy dam radę przeskoczyć taką fajną kałużę. Inne dzieciaki musiały pobiegać i powrzeszczeć po lesie.
Przez dłuższy czas trudno było nas zagonić z powrotem. Wszystkie panie, nawet pani przewodniczka, biegały po lesie, łapały dzieciaki i wpychały je do tramwaju. Wreszcie do akcji wkroczył pan motorniczy. Kiedy zaczął dzwonić i udawać, że odjeżdża, błyskawicznie znaleźliśmy się na swoich miejscach.
Wszyscy byli ubłoceni, ale szczęśliwi.
Właściwie nie wszyscy. Panie były ubłocone tak, jak my, ale na szczęśliwe nie wyglądały.
Ruszyliśmy dalej.
Ponieważ wszyscy byli bardzo spoceni, więc zachciało nam się pić. Piotrek pierwszy wyciągnął butelkę.
- Znowu się zaczyna! – krzyknęła nasza pani.
Gdyby tak nagle nie krzyknęła, to może nic by się nie stało. Niestety pani przestraszyła Piotrka, który jest bardzo nerwowy. Z tych nerwów drgnęła mu ręka i cała „Pepsi” wylała się na niego, na mnie i na mamę Natalki.
- Mam dosyć wycieczek – wycedziła nasza pani.
- Ja też! – warknęła mama Natalki, patrząc złym wzrokiem na panią i na Piotrka.
- Te wasze wycieczki doprowadzą mnie do obłędu! – jęknęła moja mama, kiedy zobaczyła mnie po powrocie.
A ja myślę, że byłoby super, gdybyśmy na wycieczkę pojechali tylko z panem motorniczym. Dzieciakami rządzi za dużo kobiet! A jakie są tego skutki? Sami widzicie.



Trening


____Niedawno nasze koło teatralne postanowiło zrobić inscenizację „Lokomotywy” Juliana Tuwima. Ja w tej inscenizacji jestem lokomotywą i mam taki czarny cylinder na głowie. Ten cylinder udaje komin. Dziewczyny są wagonikami. Żeby nie mylić ich z lokomotywą, owinęły sobie głowy chustkami. Najważniejsze jest to, że lokomotywa, czyli ja, mam gwizdać, kiedy ciągnę te wszystkie wagoniki.
Pani powiedziała, żebym trochę to gwizdanie poćwiczył. Chodziło o to, żebym nie pluł do gwizdka, nie sapał i miał dobry oddech.
Jak tylko przyszedłem do domu po grze w piłkę z chłopakami, to od razu zacząłem ćwiczyć.
Na szczęście mama była w pracy na drugiej zmianie i miałem dobre warunki do ćwiczeń. Biegałem od drzwi do ściany i gwizdałem. Ponieważ ciągle coś mi nie wychodziło, to musiałem gwizdać od nowa.
Po godzinie gwizdania ktoś zapukał do drzwi. Była to pani Nowakowa, która mieszka obok.
- Szymek, co ty wyprawiasz? – zapytała zbolałym głosem.
Więc jej opowiedziałem o teatrzyku, lokomotywie, kapeluszu i gwizdaniu. Pani Nowakowa powiedziała, że wprawdzie nic z mojego opowiadania nie rozumie, ale jeszcze trochę tego gwizdania wytrzyma.
- Tylko pamiętaj, Szymuś, nie za długo.
- Ma się rozumieć – odpowiedziałem i gwizdałem dalej.
Po następnej godzinie, kiedy ćwiczyłem bardzo głośny gwizd, coś zadzwoniło do drzwi. Musiało długo dzwonić, bo byłem już dość dobrze „rozgwizdany” i jeżeli w ogóle usłyszałem dzwonek, to musiało to być długie i głośne dzwonienie. Przerwałem pracę i otworzyłem drzwi. A tam stał bardzo zasapany i strasznie czerwony pan Kowalski, który mieszka pod nami. Pomyślałem sobie, że fantastycznie sapie i przydałby się nam w teatrzyku, a on jak nie ryknie!
- Czy ty resztki rozumu straciłeś! – zaryczał pan Kowalski na całą kamienicę.
Próbowałem mu wytłumaczyć, że właśnie przygotowuję się do ważnego występu, ale on chyba nie lubi teatru, bo tylko ryknął jeszcze głośniej:
- Pięć minut! Daję ci pięć minut, a potem dzwonię na policję!
I poszedł. A jak schodził po schodach, to wciąż sapał i mamrotał, że nie cierpi szkoły, nie cierpi dzieciaków, no i oczywiście nie cierpi teatru. Od razu to wiedziałem!
Ale szybko zamknąłem drzwi, żeby wykorzystać te pięć minut. Ledwo się od nowa rozgwizdałem, kiedy wróciła mama:
- Szymon! Czy ty oszalałeś? Jedenasta w nocy, a twój gwizdek słychać w całym domu! – krzyknęła.
Usiłowałem mamie wytłumaczyć, że jutro mam występ, a jeszcze wszystkiego nie przetrenowałem, bo właśnie przypomniało mi się o oddechu. Mama spojrzała na mnie groźnie.
- Chcesz oberwać? – spytała krótko.
Więc poszedłem spać.
Dzisiaj był występ. Nie powiem, żebyśmy wypadli rewelacyjnie. Podobno nie było nas słychać. Nic dziwnego. Po występie rozmawiałem z dziewczynami. Okazało się, że one też nie mogły trenować.
Poskarżyliśmy się naszej pani. A ona posłuchała i powiedziała:
- Wiecie co? Ręce mi przy was opadają.
A kto nam kazał ćwiczyć? No, kto?



Słoń


____Pewnego dnia, a był to piątek, nasza pani powiedziała, że kiedy ona była mała, to dzieci nie znały jeszcze telewizji, ale za to dużo malowały, lepiły z plasteliny i wycinały. Podobno dziewczynki w tamtych dawnych czasach robiły kukiełki albo szyły ubranka dla lalek, a chłopcy sami kleili różne modele. Potem pani powiedziała, że jest ciekawa, czy ktoś z nas szyje albo maluje w domu. I jeszcze dodała, że jak w poniedziałek ktoś pokaże jakąś ciekawą własną pracę, to może nawet dostanie szóstkę!
Ja bardzo chciałam pokazać coś interesującego. A jeszcze bardziej chciałam dostać tę szóstkę, bo jeszcze nikt w klasie jej nie dostał i byłabym pierwsza!
Jak tylko wróciłam ze szkoły, od razu zabrałam się do pracy. Znalazłam u mamy wykrój takiej maskotki-słonia oraz jakiś materiał. Wycięłam słonia i zaczęłam go zszywać. Trochę się przy tej robocie zmęczyłam, a poza tym nici mi się poplątały, więc pomyślałam sobie, że właściwie mam dużo czasu do poniedziałku i wcale nie muszę tak od razu tego słonia kończyć.
W sobotę było jak na złość dużo fajnych filmów w telewizji. W niedzielę przyszedł do mnie Kuba i przyniósł nową grę komputerową. Szyć zaczęłam po południu. Ponieważ było późno, poprosiłam mamę o pomoc.
Mama spojrzała na mojego słonia i aż podskoczyła:
- Coś ty narobiła! – krzyknęła. – Kto ci dał mój materiał na żakiet! A jeżeli już wzięłaś, to dlaczego nie cięłaś od brzegu, tylko wyrąbałaś taką dziurę na środku! Teraz nawet spódnicy z tego nie uszyję! Skaranie boskie z tobą i tą twoją szkołą! Co to za pomysły, żeby uczeń czwartej klasy musiał szyć takie wielkie słonie! Czy wasza pani rozum straciła? – krzyczała coraz głośniej mama.
- Czego ty chcesz od jej nauczycielki? Niech ktoś wreszcie czegoś nauczy tego dzieciaka! Przecież to nawet guzika nie potrafi przyszyć! – wrzasnął tato.
- To niech przyszywa guziki, zamiast szyć słonie z mojego przyszłego żakietu! – jeszcze głośniej odpowiedziała mu mama.
- Jesteś wściekła, bo dziecko poprosiło cię o pomoc! – przekrzykiwał mamę tato.
W ogóle w domu zapanował straszliwy hałas.
Na szczęście mama w końcu się uspokoiła. Spojrzała na tatę wyniośle i stwierdziła, że zaraz będzie mógł zobaczyć, jak piękne słonie szyje jego żona.
W milczeniu zszyła słonia i powiedziała, że trzeba go czymś wypchać.
Ale nie było czym. W domu nie było ani kawałka waty. Ponieważ była niedziela, więc wszystkie kioski i apteki w okolicy były pozamykane. Sąsiedzi też nie mieli waty. Tata oczywiście stwierdził, że w tym domu nigdy nie ma najpotrzebniejszych rzeczy, a mama na to, że owszem, są!
- W pawlaczu jest anilana do wypychania poduszek. Musisz tylko ją stamtąd wyciągnąć – poinformowała tatę.
Więc tata wyciągnął wszystko z pawlacza. Zawalił pół korytarza. Znalazło się mnóstwo różnych rzeczy. Tylko anilany tam nie było.
- Ja chyba oszaleję – powiedział tato. – Co za pomysły ma ta ich nauczycielka! Żeby tak zepsuć ludziom pół niedzieli! Zostaw tego przeklętego słonia!
- A właśnie, że nie zostawię – powiedziała mama i pocięła swoją trykotową bluzkę, żeby nią wypchać słonia.
- Teraz nie mam ani żakietu, ani spódnicy, ani bluzki, za to dziecko będzie miało szóstkę – dodała bardzo spokojnie i wepchała bluzkę w słonia.
Cała bluzka wlazła w tylne nogi. Reszta słonia opadła jak zwiędnięty tulipan. Tatą zatrzęsło. Ale mama była już bardzo, bardzo spokojna. Wepchała w słonia trzy stare flanelowe koszule mojego brata, mój podkoszulek, podartą czapkę i chyba tuzin skarpet „nie do pary”. Kiedy słoń połknął to wszystko, wreszcie napchał się do syta i zrobił się gruby, jak słoń.
Był bardzo piękny i widać było, że mama jest z niego dumna.
- A swoją drogą, na zebraniu powiem waszej pani, co o tym myślę – stwierdziła na zakończenie.
W poniedziałek wszystkie dzieciaki przyniosły jakieś zabawki. W klasie zrobiło się bardzo wesoło. W dodatku wszyscy dostali szóstki!
Moja najlepsza koleżanka, Beata, powiedziała mi na ucho, że jej tata cały zaplątał się w sznurki, kiedy robił pajaca. Podobno jej mama powiedziała tacie, że sam wygląda jak pajac. I też się pokłócili. W czasie przerwy wszystkie dzieciaki opowiadały, że ich rodzice pokłócili się w niedzielne popołudnie. I wszystkie mamy miały coś do powiedzenia naszej pani.
Więc zaczęliśmy strasznie bać się zebrania.
Ale po zebraniu mamy wróciły do domów bardzo zadowolone.
Mojej mamie pani powiedziała, że jestem bardzo miłą i rozsądną dziewczynką. Wtedy mama od razu zrozumiała, że mam bardzo miłą i rozsądną wychowawczynię. Inne mamy doszły do tego samego wniosku. A pani na szczęście zapomniała o organizowaniu nam zajęć w czasie następnych sobót, bo miała już inne pomysły.
Tak więc nasz dom ominęło robienie helikoptera i malowanie na szkle. Znowu spokojnie oglądamy telewizję albo siedzimy przed komputerem i tak nam mija czas.



Opowiadanie


____Nigdy nie zapomnę tej lekcji języka polskiego. Pisaliśmy samodzielnie opowiadanie na podstawie historyjki obrazkowej. To było coś o pani, która kupowała kiełbasę, o psie, który niósł siatkę i o kiełbasie, która znikła.
- Tylko pamiętajcie! Ma być pomysłowo! Z fantazją! – powiedziała nasza pani.
- I niech nikt nie ściąga! Nie chcę widzieć dwóch takich samych prac! – dodała.
Zabraliśmy się do dzieła. Staraliśmy się bardzo. Ponieważ baliśmy się, żeby przypadkowo nie napisać tak samo, więc wszyscy musieliśmy sprawdzać, jak inni układają zdania. W naszej klasie jest ponad dwadzieścia dzieciaków! Przez całą godzinę wszyscy biegali i uzgadniali, co kto napisze. Kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, byliśmy kompletnie wykończeni. Tak nas nogi bolały po tym polskim, że chłopakom odechciało się grać w piłkę.
Na drugi dzień pani przyniosła nasze zeszyty.
- Założę się – powiedziała – że ani jedno z was nie przeczytało swojej pracy.
To było oczywiste! Na odczytanie napisanych opowiadań zabrakło nam po prostu czasu!
- To poczytamy je sobie teraz – złowieszczym głosem powiedziała pani. – Szymon, czytaj pierwszy. Twoje opowiadanie jest niezwykle interesujące.
Więc Szymon wstał i przeczytał historyjkę o pani, która niosła siatkę z kiełbasą w pysku.
- Aniu, jak ci się podoba praca Szymona – zapytała pani.
Powiedziałam, że wcale mi się nie podoba, bo panie nie mają pysków tylko buzie. Szymon powinien był oczywiście napisać, że ta kobieta niosła siatkę w buzi.
- Co za bzdury! – zdenerwowała się nasza pani. – Przecież siatkę niósł w pysku pies!
- No tak, ale o tym napisał już Kuba, więc Szymon musiał wymyślić coś innego. Każdy powinien mieć napisane inaczej – wyjaśniałam pani.
- Ale to, co napisał Szymon, nie ma najmniejszego sensu! – krzyknęła pani.
Wtedy wstała Magda i przypomniała pani, że opowiadania wcale nie miały być z sensem, tylko z fantazją.
I to już był koniec. Wszyscy dostaliśmy jedynki. Nawet Dagmara, która zawsze ma piątki i która napisała, że pies połknął siatkę, też dostała jedynkę.

W czasie przerwy doszliśmy do wniosku, że pani miała tego dnia po prostu zły humor. Bo przynajmniej pracę Dagmary powinna była ocenić inaczej. Przecież to, co napisała Dagmara, miało sens. Psy nie potrafią rozsupływać siatek. Więc kiedy temu Burkowi zachciało się kiełbasy, to pewnie połknął ją razem z siatką.
I dlaczego pani powiedziała, żebyśmy na drugi raz na języku polskim pracowali głowami, a nie nogami? Przecież opowiadanie pisze się ręką! To smutne, ale coraz mniej rozumiemy naszą panią.



Papierek


____To był bardzo mały, tyciutki papierek. Aż dziw, że wywołał taką awanturę.

A było to tak.

Miał już być dzwonek i staliśmy ustawieni parami koło drzwi, kiedy nasza pani zauważyła, że na podłodze leży papierek i powiedziała, żeby ktoś go podniósł.
Wtedy wszyscy zaczęli się kłócić, bo nikt nie chciał się przyznać, że rzucił ten papierek, a powinien go podnieść ten, kto naśmiecił.
Jak już zaczęliśmy się przezywać, to pani powiedziała, że sama podniesie ten papierek.
Ale my nie mogliśmy dopuścić do tego, żeby nasza pani sama podnosiła papierek. Więc po jej słowach wszyscy naraz rzucili się na podłogę.
Właściwie nie wszyscy. Ja się nie rzuciłam. Zabrakło miejsca. Mogłam tylko biegać dookoła i udzielać wskazówek dziewczynom.
Biegałam i wołałam:
- Uważaj, Magda! Tomek podkłada ci nogę!
- Hej! Iza! Wojtek chce cię ugryźć!
I przyznaję, że raz powiedziałam:
- W zęby go! W zęby tego Łukasza!
Bo on zawsze chce być najlepszy i zawsze musi wygrać! A ja tak bardzo chciałam, żeby to jakaś dziewczynka podniosła ten papierek.
Więc wszyscy turlali się po podłodze, bili i wrzeszczeli, że było ich słychać w całej szkole, a także szarpali i wyrywali sobie papierek. Ja biegałam dookoła i udzielałam wskazówek, a pani coraz bardziej zmieniała się na twarzy. Wreszcie krzyknęła z całej siły. Wszyscy znieruchomieli, bo było widać, że pani jest bardzo zła. Rozumieliśmy, dlaczego. Pół biedy, że cały Rynek Łazarski usłyszał naszą panią. Gorzej, że na pewno usłyszała ją pani dyrektor. Więc wszyscy wstali i czekamy, co dalej. A pani do nas tak cicho i sycząc mówi:
- Zejdźcie mi z oczu!
No, to zeszliśmy. Ja schodziłam ostatnia i zdążyłam obejrzeć podłogę. Leżało na niej chyba pięćdziesiąt papierków, kilka urwanych guzików, czyjeś sznurowadło, jakieś pokruszone ciastka i chusteczka do nosa.

I tego nie rozumiem. Z powodu jednego małego papierka pani wywołał wielką awanturę, a kiedy na podłodze zrobiło się całe śmietnisko, to kazała nam iść do domu.

To bardzo dziwne!
Zmień kontrast